17 listopada 2013

Ojczyzna mówi mi jak mało wiem o sobie


Na gdyńskim Biegu Niepodległości byłem jak nasza piłkarska reprezentacja. W trochę ponad czterdzieści minut rozegrałem mecz otwarcia, potem mecz o wszystko, a na koniec powalczyłem o honor. Na szczęście w przeciwieństwie do naszych piłkarzy stać mnie na to żeby sprawić czasem miłą niespodziankę.

Nie lubię biegać na 10 kilometrów. Nie podchodzi mi ten dystans. Bieganie na dychę jest trochę jak spacer z czterolatkiem. Wymaga nie lada precyzji w doborze tempa do możliwości organizmu. Ani ognia dać od startu nie można, bo jak zaczniesz za szybko, to potem będziesz musiał go nosić na rękach. Z kolei jak zaczniecie za wolno, to albo się dzieciak zanudzi, albo nigdzie nie zdążycie na czas.

Postanowiłem więc, że zacznę spokojnie i będę przyspieszał z każdym kilometrem. Strategia może niezbyt oryginalna, ale lepsza taka niż żadna. Tak się przejąłem realizacją założeń, że niestety i tym razem na początku poniosło mnie jak posła Wiplera przy policjantach. Pierwszy kilometr wyszedł w tempie 4:01, co dla kogoś kto przymierza się do złamania 41 minut oznacza kapkę za szybko. Na drugim zacząłem wyciągać wnioski i tak się zagłębiłem w rozmyślaniach, że popadłem ze skrajności w skrajność, bo zegarek pokazał 4:23 (czyli dużo za wolno). Przez kolejne kilometry tempo skakało mi jak nastroje ciężarnej kobiety. Rzucałem się gdzieś pomiędzy 4:10, a 4:25. Tak czy siak zdecydowanie daleko od planowanego tempa 4:06. Na szóstym kilometrze stwierdziłem, że moje plany mają z rzeczywistością tyle wspólnego co wizje telewizyjnych wróżbitów. Pomysł żeby z życiówki urwać minutę w okresie roztrenowania jest... co tam jak szaleć, to szaleć! Zawody są po to żeby lecieć w trupa prawda?

Na dziewiątym kilometrze, który był z górki przyspieszyłem i zacząłem walkę o wynik niewiele gorszy niż 42 minuty. Może i nie biegnę na wynik marzeń, ale swój honor mam. Olałem styl, tętno, tempo. Zamknąłem oczy i pobiegłem siłowo. W trupa. Podejrzewam, że z boku bardziej niż gazelę, czy geparda przypominałem rozpędzony walec. Wszystko na jedną kartę. Albo mnie odetnie po 200 metrach, albo dobiegnę w 42 z groszami. Finiszowałem przez dokładnie kilometr.

Metę przekroczyłem z czasem 41:40. Cud na który ciągle liczą kibice kadry narodowej przydarzył się właśnie mnie? Już widziałem siebie jako konsultanta selekcjonera do spraw czarów i magii. Stoper jednak jasno wykazał, że to cud z kategorii matki boskiej na szybie. Ostatni kilometr zrobiłem w 3:33. 3:33!!! To ja potrafię tak szybko biegać? Oj! Jeszcze mało wiem o sobie. Pewnie równie mało, co o "prawdziwym patriotyzmie".

No cóż... Może biegowe świętowanie odzyskania niepodległości nie ma tyle emocji co odpalanie szluga od tęczy, ale mi jakoś pasuje. Ojczyzno! Do zobaczenia za rok ;-)

W tym roku do kompletnej układanki zabrakło medalu z majowego Biegu Europejskiego.

13 komentarzy:

  1. 3:33? Toś biegł jak gepard! :)
    Mecz otwarcia, mecz o wszystko, walka o honor - ech, jak to znajomo brzmi :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przy dwu kilometrowych finiszach (pomyliłem raz balon z nawrotki z metą) z rozpędzonego waleca można zamienić się w ołowianego żołnierzyka :)
    Gratuluje - takie czasy to dla mnie jeszcze wizjonerskie biegi (Jeszcze !)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lepiej w ołowianego żołnierzyka niż w słup soli ;-)

      Usuń
  3. Moc drugiego akapitu zmiotła mnie z krzesła razem z kawą - ze śmiechu, mimo że to prawda, ale za to jak pięknie określona. Z podobnych powodów nie lubię biegać na 5km (czytaj: w ParkRunie biorę udział tylko po to żeby w końcu wybiegać koszulkę i jako rozgrzewka przed zasadniczym treningiem na wydmie falenickiej) - bo nie umiem i nie lubię biegać na czas, ścigać się i spieszyć, nie mam ciśnienia, biegam bo mam z tego fun i radość. Zero współzawodnictwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kto miał do czynienia z czterolatkiem ten wie, że to nie przelewki ;-)

      Usuń
  4. Ostatnio wpadło mi do głowy, czemu by nie biegać w Dzień Niepodległości 11 km? :) Może to i mało popularny dystans, ale któryś bieg byłby oryginalny :) 10 km ma coś w sobie, zupełnie jak czterolatkowie ;) Gratuluję wyniku! :) A z innej beczki - spoko pomysł na medal!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawy pomysł z tymi 11 kilometrami, a może 11 km 11 metrów? :)

      Usuń
    2. Przyczynek prawie tak subtelny jak 97,5 m w półmaratonie ;)

      Usuń
  5. wspaniale dowiadywać się o sobie nowych rzeczy w takim razie! świetny opis biegu, fajnie poczytać coś napisanego z takim polotem!

    OdpowiedzUsuń
  6. Gratulacje za życiówkę, pomimo tych skoków tempa :)
    Fajnie piszesz, z żartem, podoba mi się.
    A ostatni km pokazuje, że masz potencjał.

    OdpowiedzUsuń